Wiosna przyszła. Drzewo, którego koronę możemy oglądać za oknem obsypało się czerwonymi pączkami, może ostatni raz, bo jakoś umierają drzewa na tej naszej Ochocie. A skoro wiosna przyszła, to nam przyszła ochota na spacery, dziś jak tylko zakupiliśmy Hance buty bardziej nadające się na podeptanie wiosny niż kozaczki na kożuszku (a tylko takimi dysponowało nasze niedoinwestowane dziecię), wyruszyliśmy do zoo. Hanka zakochała się w gibonach - rzeczywiście wśród reszty ospałych nieszczęsników w klatkach i na wybiegach sprawiały wrażenie zwariowanych szalonych dzieciaków na wagarach. Zapiała z radości na widok błazenka, bo przecież od paru miesięcy sypia z nemo czule się weń wtulając. A ja zobaczyłam najbrzydsze zwierzę świata (subiektywny osąd rzecz jasna). Małpa wąskonosa mandrylem zwana. Wygląda tak:
przy czym u tej akurat mało niebiesko-fioletu widać. A od strony siedzenia jest równie czerwono-niebiesko-fioletowa. jednym słowem wygląda jak ofiara kalpsowania połączonego z głebokim odparzeniem. Ale nie chodzi o urodę. Ta biedna małpa wyglądała przeraźliwie smutno. Wydawała się olbrzymia w małej, ciasnej klatce. Taka osowiała i smutna, że i mnie chciało się wyć jak na nią patrzyłam.
Jakoś nie pisze mi się. I wyszłam z wprawy. A działo się całkiem sporo. Właściwie od 2 stycznia 2007 zmagamy sie z choróbskami wszelakimi. Hanka dwie infekcje jedna za druga (doba odstępu) obie z antybiotykami i z goraczka po 40 stopni. Tak nam minął styczeń. Potem chwila uspokojenia w lutym a potem moja grypa żołądkowa, tydzień później Hanki, łącznie z odwodnieniem i wizytą na izbie przyjęć szpitala, a po Hance moi rodzice, którzy za dni kilka mają lecieć na wycieczkę do Rzymu i nie wiadomo czy staną do tego czasu na tyle na nogi żeby pojechać. Skąd przywlokłam tę zarazę nie wiem, ale lekko nie jest.
A z ciekawszych wieści - Hanka się powoli rozgaduje. Mówi mało, ale w porównaniu do trzech miesięcy wstecz to sporo :-) niestety trudno ją zrozumieć bo, póki co, używa wyłącznie ostatnich sylab - np. "kam" to uciekam, "ek" to dziadek, "elek" to deserek. Babcie Hanka ma dwie i jeszcze trzy tygodnie temu były to: "baba hau-hau" czyli moja mama przechowująca długoterminowo nasze psisko, oraz "ta baba" czyli moja teściowa (ale określenie było w użyciu tylko w te tygodnie, kiedy to właśnie "ta" babcia opiekowała się Hanką. Obecnie "ta baba" zmieniła się w "babę Eję" za to psia babcia nadal nią pozostaje :-) Ale hitem jest następujące - Hanka oprócz "be" na to co niedobre i brzydkie, zaczęła mówić "fuj". Rzecz w tym, że nie wymawia (akurat w tej sylabie) głoski "f" i podstawia sobie w to miejsce "ch". No i pięknie jest gdy wracam z pracy i pytam 'Haniu zjadłaś obiad?' i pada odpowiedź "Nie! Chuj!"
Czy ja już pisałam, że Hanka istotą dość aspołeczną jest? Jeśli nie to widać sprytnie przemilczam temat dość mocno nurtujący matczyne serce (a nie tylko matczyne, bo babcia też dziś omówiła ze mną szczegółowo wnioski wynikające z obejrzenia filmu o dzieciach autystycznych usilnie szukając tych punktów Hanki zachowania, które pozwalają wierzyć, że ona autystyczna nie jest).
W każdym razie Hanka nienawidzi nieznajomych pojawiających się na jej terytorium (terytorium to postrzegane jest dość dowolnie, ale z pewnością należy do niego nasze mieszkanie). W czwartek miał przyjść ksiądz po kolędzie. Mniej więcej wiedziałam czego się spodziewać (choć nie traciłam nadziei, że może łąska pańska na Hankę spłynie i tym razem będzie inaczej niż przy wizytach domowych lekarzy, panów od licznika, listonosza, kurierów, co rzadziej widywanych znajomych itd. itd. itd.), za to ksądz chyba nie spodziewał się ani trochę. Wmaszerował radośnie gdzieś około ósmej wieczorem. Hankowego taty oczywiście w domu jeszcze nie było, więc wizytę duszpasterską przyjmowałyśmy we dwie. Wszedł do pokoju i z uśmiechem podszedł (a raczej tylko zaczał się zbliżać) do kanapy na której Hanka właśnie oglądała bajkę. I powiedział "o jakie tu jest kochane maleństwo". Więcej nie zdołał bo wszystko stłumił zwalający z nóg wrzask protestu Hanki. Wzięłam ją na ręce i w tym wrzasku zmówiłam pospiesznie razem z księdzem ojcze nasz, po czym ksiądz wybiegł (ledwo go dogoniłam żeby wręczyć kopertę) mrucząc pod nosem "coś z tym trzeba zrobić"... tym sposobem uniknęliśmy jakichkolwiek pytań, ale także jakiejkolwiek rozmowy, na którą w sumie liczyłam... I tak oto Hanka przegnała plebana.
Z wydarzeń podobnych dwa dni wcześniej, po usłyszeniu że domofonem otworzyłam drzwi na klatkę, wyległa na klatkę schodową i zaczęła mnie nawoływać ("mammooo, mamooo"), ja maszerując na nasze 4 piętro coś jej odpowiedziałam. Słysząc nasze głosy wyszła na klatkę pani sąsiadka, która chciała zobaczyć dawno niewidzianą Hanię. Hanka na to w krzyk, machanie rąk i tekst: "sio, sio, domu, pa pa". Taaaak, Hanka nie specjalnie gadatliwa jest ale wysłać intruza do domu to potrafi. A ja cóż... martwię się jak cholera tym jej oporem przed ludźmi, i zupełnie go nie rozumiem, bo nikt nigdy jej nie straszył ani nie nastraszył, zawsze staraliśmy się żyć w miarę w kontakcie z ludźmi, a tu taki bunt i izolacja...
M. przywołał mnie do porządku, powiedział, że jak to tak się opieprzać i nie pisać miesiąc... Dlatego dziś wpis dedykowany specjalnie :-)
Nie będę, przynajmniej nie teraz, pisać o Hani chorowaniu, które trwa już i trwa. Napiszę o tym, że 7 stycznia Hani dziadkowie, obchodzili 40-tą rocznicę ślubu. W ramach prezentu zabraliśmy ich z bratem na kolację do knajpy. Postępowych ma Hanka dziadków, to nie była knajpa pt. "dom polski", ani "kuchnia europejska", rodzice dali się namówić, a nawet i bez namawiania się obeszło, na sushi. I to był bardzo, ale to bardzo miły wieczór. Może czasem trzeba dorosnąć żeby dobrze się bawić z rodzicami? Bo jakoś niewiele pamiętam takich beztrosko radosnych wieczorów z dzieciństwa. A może to życie wtedy było takie, że trudno było być beztroskim. A może to dlatego, że wtedy nie piłam :-)))
Wieczór zaczął się od odczytania popełnionego przeze mnie wierszyka który niżej, a potem jeszcze quiz "czterdzieści pytań na czterdziestolecie" i może właśnie te pytania, z góry przygotowane, pozwoliły wieczorowi gładko i ciekawie się potoczyć...
a teraz już wierszyk... o wierszyk musi być w osobnym wpisie bo ten jest za długi...
He he he... szukałam dziś czegoś w googlach i tak niby przy okazji wpisałam swoje imię i nazwisko. Nie spodziewałam sie stu tysięcy zwrotów. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się ani jednego bo moja aktywność pod imieniem i nazwiskiem, taka mainstreamowa znaczy, jakoś mało sieciowa jest. Podobno tata Hanki mnie wpisał jako osobę kontaktową na stronie swojej firmy (bez mojej wiedzy i zgody) i to właśnie chciałam znaleźć. Google wyświetliły tylko jeden adres z moim imieniem i nazwiskiem. Kliknęłam. Zakłuło w oczy pięknym nagłówkiem - NAJSŁABSZE OGNIWO, a obok moje zdjęcie i detale - wiek (już trochę nieaktualny), gdzie pracuję i co robię, a nawet co lubię. Cholera i za co to? Za to, że półtora roku temu przegrałam w finale z jakimś dentystą z Częstochowy bo nie wiedziałam co to mursz? Jedno mnie tylko zdziwiło, że taka prawdomówna jestem :-) bo rzeczywiście lubię to co napisali, że lubię.
I tak oto zdołowana szaraiwka odnalazła się w sieci jako najsłabsze ogniwo. W internecie znajdziesz wszystko... także prawdę o sobie :-)
Właśnie kończyła sie umowa na czas określony. Zawarta między mną a TPSA na korzystanie z neostrady. Uprzejma pani zadzwoniła i zaproponowała, że może warto podpisać nową, bo "my tu mamy różne promocje". Okazało się, że prędkość 512 jest tańsza niż 256. A z kolei videostrada plus prędkość 512 jest tańsza niż prędkość 512 bez pakietu tv (pozornie, ale niech tam).
Tym sposobem od dni kilku jestem uszczęśliwiona "telewizją jakości DVD", co w porównaniu z krainą wiecznych śniegów, która towarzyszyła naszemu odbiorowi dotychczas, jest zdecydowanie miłe. I tym sposobem otwierają się przede mną nowe światy. Podpisując umowę zapytałam, czy w pakiecie jest TVN24. Pani potwierdziła. Okazało się, że jednak nie ma. I dzięki Bogu. Zamiast słuchać w pracy TOK FM, a w domu przełączać się na TVN24 i dalej katować się twarzami, głosami, ciałami naszego fantastycznego establishmentu, w chwilach wolnych od karmienia, przewijania, zabawiania, malowania, kąpania, komentowania kreskówki "psie życie lub "miś uszatek" itd. itp. mogę sobie włączyć kanał TVP Kultura i spotkać Człowieka.
Przedwczoraj spotkałam Konwickiego. Wydał mi się bliższy niż większość ludzi których spotykam w realu. Mówi o mnie i za mnie. A na koniec dodał, że największą bolączką człowieka jest samotność. I on chce być przechodniem, który mija bliźniego i pomacha mu pozakzując, że nie jest sam. Do mnie pomachał. Choć to o czym mówił nie przynosi ulgi.
"Przeznaczeniem inteligentnego człowieka jest samotność." Zwierzoczłekoupiór
"Przyjaźń to strach przed samotnością, a miłość to jeszcze większy strach przed osamotnieniem." Pamflet na siebie
"Samotność jest jak garb - rośnie z wiekiem." Pamflet na siebie
"Samotność to jest to, kiedy czas wlecze się bez końca." Pamflet na siebie
Czasem zaglądam tu i tam i okazuje się, że blox kryje całe pokłady rzeczy ciekawych obok zdecydowanie obfitszych pokładów grafomanii, ekshibicjonizmu i błędów ortograficznych.
Blog o łódzkich przepięknościach i ciekawostkach znajduje się tutaj:
A ja to bym choćby do Kielc, a do Łodzi to na cmentarz żydowski - całe lata się wybieram i pewnie na tym zostanie. Choć przecież Łódź jest całkiem niedaleko. Może zacznę od obejrzenia Ziemi Obiecanej (po raz n-ty) telewizor mam przecież jeszcze bliżej :-)
To chyba nie jest typowe... no przynajmniej nie na na szej dlugości i szerokości geograficznej żeby dwulatek zajadał się.... sushi. I to nie tylko ryż z rybką taką czy inną. Lubi też marynowany imbir, który do łagodnych nie należy i sos sojowy, który mogłaby omalże pić szklankami.
Dziś Hankowy tata przyniósł do domu sushi'owy take away. Objedliśmy się jakby to już były święta. A Hanka wiodła prym. Usadziła sie na moich kolanach i kategorycznie demonstrując czego chce wyjadła: po pierwsze całe tofu z zupy, która pachniała wodorostami a smakowała niewiadomo jak; po drugie kuleczka po kuleczce kawior czerwony zdobiący kolejne japońskie przysmaki (kuleczki były podawane przez mamę pałeczkami wprost do paszczy); po trzecie kilka płatków imbiru; po czwarte maczała w sosie sojowym palce a następnie ze smakiem je oblizywała (podarowała sobie jednak pełne zachwytu "mniam", które czasem wydaje z siebie dla podkreślenia smakowitości niektórych potraw).
I tak sobie myślę.... ja pierwszy raz sushi jadłam mając lat 31 i było to... w miesiąc po urodzeniu Hanki. A ona zaczyna już teraz. Ciekawe czego ona popróbuje po 30-tce. Pewnie czegoś o czym ja nawet nigdy w życiu nie usłyszę.
A z innych jej ulubionych przysmaków to lista musi zawierać: czarne oliwki oraz ogórki kiszone (ze wskazaniem na małosolne). Lubi też wyjadać cukier z cukierniczki (o cukier jest właśnie z serii potraw typu "mniam") i rosół z makaronem (tu ją akurat rozumiem, do połowy podstawówki to była także moja ulubiona zupa).
No to kończę bo jeszcze trochę i sama zgłodnieję choć także w moim żołądku spokojnie pęcznieje sobie ryż...
1) Dostałam* dziś sms'a. Szło tak: "cieszę się skarbie. Może tak o 17.50 żeby do kościoła zdążyć, chyba że już byłeś. Jestem z Tobą szczęśliwa, wiesz? Kocham cię.". Szkoda, że takie smsy dostaję tylko przez czyjąś pomyłkę. Miło usłyszeć w krótkich 4 zdaniach: i skarbie i kocham i jeszcze, że ktoś jest przy nas szczęśliwy. A jeszcze milej być czyimś skarbem i kochanym i szczęściem na dodatek.
2) Dwa dni temu twarz krzyknęła do mnie z lustra zmarszczką grozy i bruzdami nosowo-wargowymi. Moja twarz. Tak jakoś głośno krzyknęła coś o czym przedtem tylko szeptała. Już nie sądzę, że pozostanę bez zmarszczek, młoda z ironią zjadliwą. Już pojmuję bezprawie czasu.
3) Szłam dziś zagłosować. Po przeciwnej stronie przejścia dla pieszych stała kobieta. Chyba w moim wieku, może trochę młodsza. Była piękna. Krótkowłosa brunetka z piękną linią brwi. Wysoka, w wysokich czarnych kozakach, owinięta czarnym szalem. Chciałam jej powiedzieć, gdy mnie mijała, że jest piękna. Nie powiedziałam. A może gdybym to zrobiła coś bym jej w ten sposób dała. Coś czego nie umiem dać sobie.
4) Czytam książkę. Nawet mnie wciągnęła. Nazywa się "Sprawiedliwość owiec". Cytat ze strony 81:
"- Powinniśmy o tym zapomnieć - powiedziała cicho Chmurka. - Tak będzie łatwiej.
Kilka owiec zameczało zgodnym chórem. Zapominanie było prostym i sparwdzonym sposobem na wszystkie smutki. Im dziwiniejsze i bardziej niepokojące było zdarzenie, tym szybciej trzeba było o nim zapomnieć. Dlaczego nie pomyślały o tym wcześniej".
__________
* wypada chyba powiedzieć, nie że "dostałam" ale, że "przyszedł na mój telefon". Ale gdy zaczynałam go czytać myślałam, że dostałam, więc przy tym zostanę :-)